W moim autyzmie / ADHD czas nie istnieje.
Czas nie jest liniowy – rzeczy nie dzieją się po sobie, jedna po drugiej. Nie są ciągiem.
Nie jest cykliczny, chociaż postrzegam pory roku i zmiany pogody. Jednak to, co na co dzień, nie zamyka się w żadną całość.
Czas dla mnie nie istnieje. Jest teoretycznym konstruktem, wymyślonym, by coś uszeregować. To szereg oderwanych od siebie wydarzeń, które same w sobie są zamknięte i całościowe (np. wyjście na zakupy), ale nie wiążą się z niczym innym. Takie wysepki w ciągu dnia, tygodnia, roku. Jedna się kończy i nie ma dalej nic. Następna jest osobną całością.
Rozumiem przyczynowo- skutkowość. Wiem, że coś musi być najpierw, by to drugie było potem. Ale i tak każda z tych dwóch czynności jest czymś osobnym.
Nigdy nie wiem jaki jest dzień. Może dlatego, że każdy wygląda u mnie tak samo, bez względu na to czy to weekend, czy nie. Weekendów nie lubię – moje miejsca stają się wtedy pełne rozwrzeszczanych ludzi. Spędzam je więc w domu, jak dni powszednie. Każdy mój dzień jest podobny, bo lubię rutynę.
Mam wątpliwości jaki jest miesiąc. Niekiedy nie wiem jaki mamy rok. To dopiero obciach w urzędzie lub na poczcie. Stawiam jakiegoś kulfona, który może być i 5, i 6, i nawet 8 jak ktoś bardzo chce. Nie ma to dla mnie znaczenia. Nie wiem ile lat mają moi rodzice i ile mam ja. Zazwyczaj podaję rok urodzenia; niech sobie ludzie policzą.
Nie wiem kiedy zdałam maturę, obroniłam doktorat, złamałam rękę. Równie dobrze mogło to być dwa lata temu, jak i piętnaście. Linearna przeszłość dla mnie nie istnieje. Również jest kupką pojedynczych wspomnień, wysepek, oderwanych od siebie i nie umiejscowionych w żadnej czasoprzestrzeni. Niektóre z nich są większe (studia), inne mniejsze (jakaś jednodniowa wycieczka). To, że coś miało miejsce przed czymś lub po czymś, muszę wydedukować z okoliczności. Gdy nie ma punktów zaczepienia, często się nie udaje. Wyspa pozostaje wyspą. Samotną. Zamieszkaną przez jedno wspomnienie.
Nie ogarniam godzin i minut. Gdy chcę zdążyć gdzieś na konkretną godzinę, muszę zapisać kiedy mam wyjść, a najlepiej ustawić alarm. Nie wiem ile zajmie mi dojazd, chociaż pokonuję tę drogę nawet i kilka razy w tygodniu. Na wszelki wypadek zawsze wyjeżdżam wcześniej. Wpadanie gdzieś na ostatnią chwilę jest stresujące.
Mam też alarm na podlewanie kwiatków, zmianę ręczników i pościeli. I sprzątanie. I odczyt liczników. W życiu bym się nie ogarnęła czy ostatni raz zrobiłam to trzy dni, czy trzy tygodnie temu.
Gdy pytam o której musimy wyjechać, zaraz zapominam podaną godzinę. Za chwilę zapytam jeszcze raz. I jeszcze. I czy zdążymy? Ale na pewno? Bo ja nie umiem tego oszacować. Muszę sobie przeliczyć prędkość i odległość i dopiero wtedy jestem w stanie nieco to ogarnąć. Oszacować, poczuć, ocenić na podstawie wcześniejszego doświadczenia – nie ma mowy. Kocham Google Mapsy, które mi mówią którędy, jak i o której.
Mój czas jest wyspą. Jeden wpis na blogu, jedna wyspa. Jeden meltdown, jedna wyspa. Kolacja – wyspa. Prysznic – wyspa. Czytanie książki – wyspa. Cały dzień wyspa za wyspą. Całe życie wyspa za wyspą. Jedne pamiętam doskonale, inne zacierają mi się w pamięci. Czy ja już posłodziłam kawę? Bo pamiętam łyżeczkę z cukrem, tylko nie wiem czy to było teraz, rano czy dwa dni temu. Co jadłam wczoraj na drugie śniadanie? Nie pamiętam. Kto mi to powiedział i kiedy? Nie pamiętam.
Żyję sobie w bezczasie, od czasu do czasu ustawiając alarm, by nie przegapić czegoś ważnego. A i tak mi się to zdarza.

Dodaj komentarz