Brak narzędzi do ogarniania emocji u osób ze spektrum autyzmu powoduje, że albo nie wiedzą co czują, albo mylą jedne emocje z innymi.
W pierwszym przypadku można się nauczyć rozpoznawania emocji drogą zastępczą.
Złość jest jak eksplozja w ciele, smutek jak skucie kajdanami.
Lęk często objawia się u mnie bólami mięśni lub kręgosłupa – kiedyś bolało mnie jedno konkretne miejsce i od razu było wiadomo o co chodzi.
Stres kumuluje się barkach i karku, a także powoduje dolegliwości żołądkowe.
Radość jest przyjemna, bo jest miłym poczuciem harmonii rozpływającym się po ciele i rozluźniającym go.
Euforia zmusza wręcz do skakania i ruchu, a wstyd powoduje unikanie kontaktu wzrokowego i ludzi w ogóle (ale nie tak autystycznie, by pobyć samemu, ale z powodu obaw o brak akceptacji – tego, że nie jestem taka jak powinnam być, nie wyglądam jak powinnam, nie robię, co powinnam i takie tam).
To wszystko można wyczytać z ciała, z tego jak się zachowuje i co się z nim dzieje. Przez ciało można też wpływać na regulację tych emocji, które się pojawiły (np. rozluźnić mięśnie w stresie, by go zmniejszyć). Mózg otrzymuje wówczas sygnał – mięśnie już nie są spięte, stres nie jest potrzebny. Wyłączamy kortyzol, ograniczamy adrenalinę.
Drugi przypadek jest gorszy. Jeśli wiem, co czuję, to mogę coś z tym zrobić. Jeśli nie wiem lub – co gorsza – wydaje mi się błędnie że wiem – moje działania nie przynoszą skutku.
Mam tak ze zmęczeniem i lękiem. Gdy ciało jest zmęczone fizycznie (np. po wysiłku), to często mój mózg interpretuje to jako lęk. Są napięte mięśnie? Są. Boli wszystko? Boli. Czuję wyczerpanie? Czuję. Oddycha się ciężko, tętno podniesione? Tak. Bach! To na pewno stres! Nerwy! A to może zrobimy mały atak paniki.
Często, gdy jestem na krawędzi swoich możliwości fizycznych, mój mózg wręcz wariuje – totalnie nie ogarnia tego, co się dzieje z ciałem. I traktuje to jako zagrożenie. Robi więc wszystko, by powstrzymać mnie od dalszych harców i zmusić do powrotu do stabilnego status quo. Ataki paniki w środku lasu, na górskich szczytach czy w trakcie zawodów sportowych nie są więc niczym zaskakującym.
Zdarzało mi kończyć bieganie, ściągać buty i doświadczać ataku paniki, właśnie z powodu błędnej interpretacji sygnałów płynących z ciała. Zdarzało się go doświadczać również w trakcie biegu, szczególnie wtedy, gdy było szybciej lub pod górę. Dzisiaj już znam zasadę: im wyższe tętno i im dłuższy wysiłek, tym wystąpienie paniki bardziej prawdopodobne.
Drugą rzeczą, która mi się czasami myli, jest nuda i smutek. Człowiek się snuje, nie ma co robić, nie wie jak zagospodarować sobie czas… Bach! Jak mi smutno, chyba nadciąga depresja. A wystarczy zorganizować sobie jakąś ciekawą aktywność, podjąć działanie, by „smutek” zniknął jak ręką odjął. Dlatego teraz zawsze sprawdzam, czy wzięcie się za coś wpływa na moje samopoczucie. Może to być cokolwiek – wyjście na spacer, czytanie książki, pielęgnowanie roślinek. Jeśli tak, to znaczy, że mózg znowu się walnął w ocenie: wcale nie jest mi smutno, tylko zwyczajnie się nudzę.
Takich emocjonalnych pomyłek jest na pewno wiele więcej. Te dwie mam właściwie na bieżąco – obie miały miejsce w poprzednim tygodniu. Obie udało się okiełznać, chociaż nie bez wysiłku. Obie jeszcze nie raz się pojawią. Ale już je rozpoznaję i będzie ciężko mnie oszukać.
Ciekawe w ilu innych wciąż daję się oszukiwać…

Dodaj komentarz