Kiedy świat wybucha dźwiękami i nie można od nich uciec.
Dawno nie pisałam na blogu, bo ścigam się z czasem, obowiązkami i zmęczeniem. Do tego wszystkiego doszły oczywiście święta, które kocham jak cholera. Kolejny fragmencik roku, kiedy muszę pokazywać wszystkim jaka to jestem neurotypowa i jak wspaniale się bawię przy stole, jedząc pod korek i tocząc 50 rozmów jednocześnie na 50 różnych tematów. Ech…
Święta w tym roku dojechały mnie sensorycznie i to dosyć mocno. Być może wynika to ze zmęczenia – im bardziej jestem obciążona obowiązkami i tym wszystkim co mnie otacza, tym mniej mam sił na radzenie sobie z kolejnymi sytuacjami. Dźwięki, które dotychczas udawało się pomijać, stają się niepokojące i drażniące. Pojawia się chęć ucieczki – byle było cicho, chłodno i bez wszystkich musisz i należy. Byle nikt nic do mnie nie mówił, by nie trzeba było już przetwarzać tego potoku słów i odpowiadać na niego.
Tak właśnie czuję się po świętach. Byle uciec, byle nie słyszeć, byle nie czuć. Drażni mnie nawet dotyk, wkurzają rzeczy których dotychczas nie zauważałam lub umiałam się nimi nie przejmować. Nie rozumiem, dlaczego świętowanie czegokolwiek wiąże się z darciem na całe ryło i puszczaniem muzyki na full. Naprawdę, ludzie oszaleli na widok słońca i 25 stopni na termometrze. Jakby ich ktoś wypuścił z klatki. Moje ciche miejsca zostały zaanektowane przez krzyczącą dzicz. Nie mam się gdzie schować.
W nocy śpię w pełnym napięciu – każdy dźwięk podrywa mnie na nogi, a mózg zaraz krzyczy że zagrożenie. Aktywacja! Potem długo nie zasypiam, bo całe ciało jest w gotowości do działania. Nie mam ochoty zajmować się obowiązkami, chcę żeby zniknęły. Nie chcę załatwiać spraw, może ktoś to zrobi za mnie? Nie ciągnę do ludzi, raczej przed nimi uciekam, bo są głośni, upierdliwi i cały czas muszą o czymś gadać. Kiedyś myślałam że to fobia społeczna in the making, a dzisiaj się zastanawiam czy to nie jest zwyczajne odcinanie dodatkowych bodźców.
Cieszy w sumie to że przedświąteczne napięcie zaczęło się ledwie dwa dni przed Wielkanocą i obyło się bez większej paniki. Zostało tylko zmęczenie, znużenie, odcięcie od świata. Mój kokonik jest tak cudownie cichy i spokojny. I przewidywalny. Wszystko jest na swoim miejscu. Jest cudnie, gdy świat mnie nie dotyka, nie drażni swoją ekspresywnością i natłokiem.
Szkoda że już niedługo będę musiała z niego wyjść. Może zdążę chociaż chwilę odetchnąć i złapać równowagę.

Dodaj komentarz