Chyba już permanentnie.
To zmęczenie, które nie mija mimo wypoczynku. Nie pomagają na niego urlopy, wyjazdy, nowe miejsca. Nie leczy go oderwanie od codzienności (może dlatego, że ona i tak wpycha wszędzie swojego nosa i czegoś chce?). Nie da się oderwać. Nie można zniknąć.
Jestem zmęczona tempem życia. Tym, że wszystko dzieje się na wczoraj, chwila dla siebie pozostaje w sferze mrzonek. Telefon pozwala złapać człowieka wszędzie; bez komórki ani rusz. Tempo i liczba bodźców są mordercze. Chociaż jestem daleko, w głowie wciąż jestem tutaj, bo kolejny raz dźwięk nadchodzącej rozmowy lub smsa sprowadza mnie brutalnie na ziemię.
Męczą mnie ludzie. Coraz bardziej, coraz mocniej. Im jestem starsza, tym bardziej to odczuwam. Płytkość i powierzchowność relacji. Przekonanie o racji. Brak zgody na kompromisy. Głośność, krzyk, nieuzasadniona agresja. I po nas choćby potop – spojrzenie tylko na siebie, brak szerszej perspektywy, traktowanie wszystkiego jako należy mi się. Czy ktoś jeszcze jest szczęśliwy, życzliwy i pomocny na tym świecie?
Moi ludzie zniknęli. Pojawiają się tylko wtedy kiedy czegoś potrzebują. Każdy z nich ma swój mały świat, do którego nie należę. Ja już chyba nigdzie nie należę. Moje próby zadbania o relacje są sztuczne i nietrafione. Tego też chyba nie umiem. Ludzie potrafią milczeć całymi miesiącami, a potem mieć pretensje, że kontakt się urwał. Serio? A odezwać się w tym czasie nie da? Czy to tylko ja mam taki „obowiązek”?
Jestem zmęczona udawaniem że żyję sobie w tym neurotypowym, że ogarniam i że w ogóle spoko. Nie jest spoko. Mam 47 lat. I jak myślę że jeszcze kolejne dziesiątki lat przede mną to mnie skręca. Doprawdy, ile razy można się wypieprzyć i iść dalej? Ile razy udawać, że nic nie szkodzi, nic się nie stało. Kolana nie obite. Ręce nie okrwawione. Nic nie boli. Bosko jest, naprawdę.
Przeczytałam tysiące książek. Dalej nic nie wiem.
Mam wrażenie, że świat stracił cały swój urok. Zszarzał. Nie dostrzegam piękna. Nie cieszy mnie. Zmuszam się do każdego kroku. Sen nie daje odpoczynku. Nie wiem co mam robić. Nie wiem w którą stronę pójść. A jak znów się wyłożę? Nie mam siły na kolejny fail.
Nie chce mi się już próbować. Za każdym razem jak myślę, że wszystko się udało, że ogarnęłam, że zrozumiałam – przychodzi kolaps.
Pyk.
I koniec. Znów trzeba wstawać z gleby.

Skomentuj