Przepis na katastrofę.
Po krótkim odpoczynku powoli świat wraca do normy. Panika chwilowo zniknęła, zniknęły też obezwładniające upały. Cieszę się deszczem i chłodem i staram się utrzymywać równowagę, by znów nie rzucić się w wir pracy i obowiązków. Nie zawsze jednak jest to łatwe, bo znikąd pojawia się ona – presja.
W sumie wiem, że sama ją na siebie nakładam. W sumie to nie chcę tego robić, bo nie powoduje nic dobrego. Ale, w sumie to nie wiem jak tego nie robić. Nie wiem też skąd się bierze i dlaczego, jeżeli znam jej wpływ i chcę jej uniknąć?
Presja nie jest niczym dobrym. To perfekcjonizm, by wszystko było zrobione doskonale i bez skazy – a jak wiadomo tak się ze wszystkim nie da. To poczucie, które towarzyszy każdej czynności – ma być idealnie, ma być wspaniale, ma być cudownie. Gdy tak nie jest, gdy coś nie wyjdzie – frustracja. Łatwo się poddać i odmówić dalszej walki o zwyczajność i bylejakość, tam gdzie są one dopuszczalne. I wylądować z meltdownem, psychicznym załamaniem, na wiele dni, sarkając na beznadziejność świata i niedopasowanie.
Presja w moim wykonaniu ma dodatkowy koloryt. Odpuszczanie nie jest łatwe, szczególnie wtedy, gdy nawet przyjemności stają się obowiązkami. Gdy samo zaplanowanie czegoś przesuwa to z kategorii „chcę” do kategorii „muszę o tej i tej godzinie i tym i tym dniu”. Tylko jak wtedy odpoczywać, korzystać z przyjemności i oddawać się rozrywce? Gdy stają się one rzeczami do odfajkowania na liście? Pisałam tym już wcześniej.
Co ciekawe na wakacjach umiem się przełączyć w tryb urlopowy nic nie muszę. Być może pomaga zmiana miejsca zamieszkania, oderwanie od codziennych obowiązków i nowe bodźce. Jednak jak tylko wracam do domu włącza się presja i zapieprz. Momentami potrafi tak mnie zdominować, że wierzę, że nie mogę wyjechać nawet na kilka godzin, bo świat się zawali – przecież mam tyle do zrobienia! W efekcie tkwię w tym samym, kręcę się w myślowym kołowrotku non stop, próbując załatwić wszystkie zaległości i wreszcie mieć chwilę by odpocząć. Jednak to złudne wrażenie – nie przeczytam wszystkich zaległych książek (wciąż piszą nowe!), nie posprzątam raz a dobrze (bo zaraz zrobi się syf od nowa) i nie załatwię wszystkich urzędowych spraw, bo w przyszłym miesiącu będzie znów trzeba ganiać po urzędach. Presję czuję nawet, by napisać coś na blogu – przecież dawno nie pisałam. TRZEBA.
Ta presja mnie męczy. Ale najbardziej wkurzające jest to, że sama ją na siebie nakładam. Dlaczego? Bo tak mnie nauczono? Bo ceni się zapieprzanie, a nie odpoczywanie?
Jak się wysiada z wagonika z napisem MUSISZ?

przekleństwo perfekcjonizmu, dopieszczanie szczegółów, sprawdzanie n-ty raz czy jest dobrze. Presja, by dokończyć… Presja by zająć się sama rzeczą, chociaż są inne, ważniejsze…. kto zna to piekło, pokiwa ze zrozumieniem głową. Kto nie zna – uzna to za niedorzeczne.
PolubieniePolubione przez 1 osoba
Właśnie cały czas się zastanawiam czy to perfekcjonizm czy aspergerowa koncentracja na szczegółach… Bo im bardziej się w coś wgłębiam, tym bardziej brakuje mi czasu na inne rzeczy. I robi się nerwowo.
PolubieniePolubienie
Gdzieś jednak pojawia się ten dziwny, wewnętrzny przymus skupienia się na tym, by było idealnie – przynajmniej u mnie.To nie jest poprawianie niedociągnięć, ale ich szukanie. I – rzeczywiście – brakuje czasu na inne sprawy, bo prosta czynność typu „5 minut roboty” rozciąga się na godzinę.
PolubieniePolubione przez 1 osoba
Cieszę się, że trafiłam na Twojego bloga. Piszesz o tym, co odnajduję w sobie, a nie zawsze potrafię wyrazić słowami. Pozdrawia NowoAspi 🙂
PolubieniePolubione przez 1 osoba
Chciałam napisać tylko, że:
1. Trafiłam tu, bo dostałam diagnozę spektrum – zespół Aspergera. Niby nie zaskoczenie, a jednak trawię w sobie.
2. Jeszcze ktoś blogi prowadzi 🙂 Wow.
PolubieniePolubione przez 1 osoba
Cześć! Ja już od 3 lat trawię 😄. Ale dla mnie zaskoczenie było duże.
PolubieniePolubienie