Zmiany, brak równowagi w życiu, stres i niepokój – to wszystko prowadzi w jedno miejsce. Ciemne, czarne, zamknięte przed światem. Depresja.
Dopóki musiałam, dopóty ciągnęłam projekt. Bez oglądania się na swoje potrzeby, bo jak terminy gonią, to nie ma przebacz. Potem projekt się skończył i trzeba było wrócić do innej rutyny. Tylko jakoś się nie udało. Okazało się nagle, że ten powrót jakby zatrzymał się w połowie. Tkwię więc między tym, co było i tym, co ma być i nie wiem jak się ogarnąć.
Ale już wiem, że życie niezgodne z aspergerowymi potrzebami kopnęło mnie w dupę za karę. Za lekceważenie tego, co dla mnie najważniejsze.
Nie terminy. Nie osiągnięcia. Nie punkty i kamienie milowe. Nie spotkania, gdzie należy się dobrze prezentować przed kamerą.
Lecz spokój, czas wolny dla siebie, kontakt z Naturą.
Zgubiłam gdzieś równowagę, która dawała mi możliwość naładowania akumulatorów i przygotowania się do kolejnych kontaktów z „normalnym” światem. Jak patrzę, że ostatni raz byłam w górach na początku maja, to nie wierzę własnym oczom. Kiedy to zleciało? Co przeoczyłam? Dlaczego?
Bez względu na odpowiedzi, Hans wystawił mi rachunek: depresja, epizod siódmy lub ósmy (już się zgubiłam w rachunkach).
Na szczęście w tej wersji nieco lżejszej, bez czarnej przepaści, w którą się spada bez dna; tylko z brakiem sensu i radości. Bez dojmującej rozpaczy, jedynie z dojmującym smutkiem. Bez odmowy porannego wstania z łóżka, tylko z polegiwaniem, gdy tylko znajdzie się chwila i odmową realizowania obowiązków.
Tym, co najbardziej boli, jest świadomość, że nie dopilnowałam, by się nie pojawiła. Postawiłam źle priorytety, chciałam coś sobie udowodnić. Udało się, ale cena jest (zbyt?) wysoka. Teraz, gdy wypadam z rutyny, która trzymała mnie w ryzach, wypływa wszystko, co było pod tymi ryzami ukryte. Zmiana okazuje się trudna do ogarnięcia; rzeczy, które cieszyły, już nie cieszą i tylko z przerażeniem mogę patrzeć co tracę, wiedząc jak fajnie może być (ale teraz nie może i nie jest).
Jest tylko przenikające poczucie samotności, wstyd i uciekanie przed ludźmi. I niechęć do zrobienia chociażby kroku.
Ot, letnia depresja w moim wydaniu. A może to tylko gorszy dzień? Dwa? Pięć? Siedem?

Dodaj komentarz