Powoli wszystko wraca do normy… To było ciężkie pół roku.
W sumie nie umiem powiedzieć co mnie powaliło. Z jednej strony, dużo bodźców, obowiązków, pędzący świat, którego nie zbilansowałam odpowiednim odpoczynkiem (bo dwa zaplanowane wyjazdy w góry niestety nie wyszły). Z drugiej obwiniam COVID, który dojechał mnie dosyć mocno, chociaż wydawało mi się że ja z tych odpornych i nie jestem w grupie zagrożenia. A tu okazało się, że zaburzenia lękowe są w pakiecie pocovidowym, łącznie z poczuciem że nie dam sobie rady i że nikt mi nie pomoże. I tym, że mnie zamkną zaraz w wariatkowie.
Wychodzenie z tego stanu nie było proste. Ciężko cokolwiek zrobić, gdy trzęsiesz się (dosłownie) pod kocem ze strachu (te drgawki potrafiły trwać godzinami), lęk paraliżuje cię przy każdym wyjściu z pokoju (nawet do kuchni), a przełknięcie czegokolwiek jest możliwe dopiero wtedy, gdy odwrócisz uwagę od tego, że ci niedobrze ze strachu. Gdy boisz się zostać w domu bez drugiej osoby, w przekonaniu, że świat się wtedy skończy lub stanie się coś strasznego. Gdy twoim marzeniem jest jedynie to, by się skończyło, by tego już nie czuć. Nieważne jak, nieważne w jaki sposób. Tu i teraz, bo jest nie do zniesienia.
To był koszmar. Taki megamelt jeszcze nigdy mi się nie przydarzył. Nowe doświadczenie, którego wolałabym nie mieć.
Wychodzenie z totalnego załamania wymagało ode mnie zrobienia wielu rzeczy wbrew sobie i na siłę.
- Po pierwsze – wyjście z domu, mimo panicznego strachu i chęci zaszycia się pod bezpiecznym kocykiem w samym kącie pokoju. Spacery – długie i wielokrotne w ciągu dnia – nie tylko uspokoiły trochę lęk (w lesie jak w domu), ale również pozwoliły zabić dłużący się czas.
- Po drugie – antydepresanty. Od zawsze wypłaszczają u mnie krzywą lęku. Odkąd pamiętam, na lekach mniej się przejmuję rzeczami – tym co może się zdarzyć, tym co mnie czeka, tym, na co muszę się przygotować. Jakoś to będzie znów trafia do mojego słownika i okazuje się prorocze i jakże prawdziwe.
- Po trzecie – rezygnacja z muszę na rzecz chcę (lub nie chcę). Wymagało to urlopu od pracy i skoncentrowania się na przyjemnościach – spacerach, uprawianiu roślinek, porządkowaniu mieszkania, czytaniu, nadrabianiu seriali. Obowiązki mnie przytłoczyły – musiałam się od nich odciąć w 100%. I to również te, które dla innych nie są obowiązkami. Odcięłam się od aspergera i rozważań o spektrum autyzmu – nie byłam w stanie pisać czegokolwiek ani czytać książek psychologicznych, bo powodowały u mnie panikę.
- Po czwarte – ludzie. Mimo fobii społecznej i obaw, codziennie spotykałam się z ludźmi. Rozmowy, wspólne opowieści, wymiana doświadczeń pokazały mi, że nie jestem wyjątkiem i że są osoby, którym na mnie zależy. Które mnie akceptują. Którym nie przeszkadza moja ekscentryczność, a wręcz się nią cieszą. To było miłe doświadczenie i bardzo zaskakujące w tym okresie poczucia totalnej samotności na świecie.
- Po piąte – zmiana przekonań i powrót do kontrolowania tego co mam w głowie. Złe, automatyczne myśli, błędne przekonania o tym jak zareagują inni, nieporozumienia urastające do katastrof rozważanych miesiącami (o których nikt nie pamięta poza mną) i cała reszta katastroficznego myślenia nie pomagały. Uświadomiłam sobie jak bardzo generuję sobie problemy i jak bardzo się straszę (dodatkowo), rozmyślając o tym, co złego może się stać. I chociaż nie jest to łatwe (bo człowiek ma poczucie że jak się nie martwi, to coś się zawali) udało się spojrzeć na świat bardziej optymistycznie. To rzecz, której będę się uczyć jeszcze latami, ale już zauważam i jestem w stanie wychwycić początki czarnowidztwa. I codziennie skupiam się na tym co fajnego przydarzyło mi się dzisiaj, zamiast rozważać fakapy. Staram się być tu i teraz.
- Po szóste – relaksacja, obniżanie poziomu stresu. Kiedyś to ignorowałam, bo każdy przecież się stresuje. Jednak gdy poziom stresu przekracza limit, zaczynają się problemy – u mnie np. z jedzeniem. Progresywna relaksacja metodą Jacobsona wręcz uratowała mi życie. Pozwoliła wyciszyć ciało i uspokoić je, dzięki czemu głowa nie otrzymywała co chwilę sygnałów o zagrożeniu i nie reagowała paniką. Mój wspaniały mózg sam się nakręcał i dopiero ciało powiedziało mu, że nie ma potrzeby trwania w gotowości. Zaskakujące doświadczenie, zwłaszcza, że zawsze myślałam że panuję nad swoją głową. I wyszło że jednak nie bardzo – są obszary, gdzie pierwotne instynkty kpią ze mnie w żywe oczy, zupełnie olewając racjonalizm, statystyki i inteligencję.
Mija też lęk, że to się powtórzy. Czuję się coraz lepiej, chociaż wakacje przeciągną się w tym roku. Chyba nigdy aż tyle nie odpoczywałam, ale wierzę, że to pozwoli mi naładować baterię, którą gdzieś, kiedyś mimochodem rozładowałam do samego dna.
Charging…

Dodaj komentarz