Czy to zmęczenie zimą, czy zbyt wiele rzeczy, które pozostają wciąż niejasne? Autystyczne dzwonki alarmowe już dzwonią.
Tak właściwie to nie wiem, ale fakt jest faktem, że wyprało mnie z energii do robienia czegokolwiek. I niby wiem jak się z tego „wyleczyć”, ale okoliczności nie pozwalają mi wyjechać. Kiszę się więc w tym bezsilnym sosie, chociaż znam mechanizm jego powstawania.
Z jednej strony wiem, co na to wpływa; z drugiej rozpoznaję symptomy, które świadczą o konieczności dania sobie wolnego:
- Najczęściej pojawia się u mnie zaawansowana niechęć do kontaktów z ludźmi (taki lekki shutdown). Unikam ich nawet na ścieżce w lesie, skręcam w inną, gdzie nikt nie chodzi. Nie chce mi się odbierać telefonów. Odrzucam zaproszenia na spotkania. Uciekam z rozmów ze spotkanymi znajomymi, z którymi mogłam gadać godzinami. Teraz jakoś nie mogę.
- Męczą mnie obowiązki, które dotychczas udawało się załatwiać bez bólu. Nie tylko zawodowe, ale wszystkie, nawet te drobne. W efekcie zostawiam te mniej ważne na później, co sprawia, że robi się ich coraz więcej. I w końcu się zbieram i załatwiam te wszystkie wiszące rzeczy, ale mam problem, by ogarniać je na bieżąco. Autystyczna prokrastynacja.
- Przestaję zwracać uwagę na to co jem. A właściwie to przestaję zwracać uwagę na to czy jem… To stały problem, bo nie zawsze wiem, kiedy jestem głodna – nie czytam tego komunikatu. Ale są dni kiedy nawet nie chce mi się robić śniadania, chociaż nigdy go nie odpuszczam. Robię wtedy coś „na szybko”, byle było.
- Nie umiem usystematyzować rzeczy. Mam kilka obowiązków do odwalenia, ale zamiast się zabrać za cokolwiek, by było mniej, to zastanawiam się co mam zrobić – co jest najważniejsze. W efekcie marnuję mnóstwo czasu na rozkminę rzeczy, które mają małe znaczenie (a może nawet żadne). Jednocześnie ciągle się bujam z poczuciem ile to jeszcze rzeczy mam do zrobienia, co przytłacza podwójnie. A wystarczy zacząć robić.
Im dłużej tkwię w tym stanie, tym trudniejsze (paradoksalnie!) staje się wyjechanie gdzieś. Ciągle wyszukuję argumenty przeciw i wymyślam co może się nie udać. Jakbym szukała idealnych warunków (których oczywiście nigdy nie będę mieć).
Jednak to poszukiwanie wynika z tego, że nie mam już sił na ogarnianie wszystkiego, co się wypieprzy w trakcie. Chcę by było po prostu fajnie i bez konieczności reagowania ad hoc. Tego świat mi nie może zagwarantować, a bufor na rzeczy niespodziewane właśnie się wyczerpał.
Wiadomo, że by uniknąć tego typu energetycznych zjazdów, trzeba dawać sobie wystarczająco dużo czasu na aspergerowy odpoczynek. Deficyt wypoczynku prowadzi do załamania i przeładowania bodźcami.
Tylko co się robi, gdy czasu dla Hansa zaczyna brakować?

Dodaj komentarz