Koszmar każdego aspie…
Miałam „przyjemność” doświadczyć jej ostatnio. To niesamowite, jak wielkie są różnice w komunikacji i rozumieniu komunikatów.
W moim przypadku współpraca była wirtualna, co z jednej strony ułatwia porozumienie, a z drugiej je utrudnia. Niby jest łatwiej, bo nie trzeba się spotykać face to face, dojeżdżać gdzieś w określonym terminie i przebywać w grupie ludzi. Ale jest też trudniej, bo bez warstwy niewerbalnej trudno poznać prawdziwy przekaz słów.
Tym razem wspólny projekt zakończył się katastrofą, czyli moją dezercją 🙂
Zupełnie nie rozumiem jak działa grupa. Dlaczego jest tak, że wtedy, kiedy powinno się najwięcej dziać, grupa milczy? Dlaczego ludzie deklarują, że tak, robimy szybko, żeby potem nie mieć wszystkiego na ostatnią chwilę i później zapada wielotygodniowa cisza? Co sprawia, że moja deklaracja, że chcę zamknąć całość do końca listopada gdzieś przepada lub – nie wiem – jest traktowana niepoważnie? Przecież już dokładniej nie da się napisać jak bardzo mi się spieszy i jakie mam plany.
Padające później argumenty zbijają mnie z nóg. Dowiaduję się, że nie mówiłam, że to takie pilne (a jednak chyba mówiłam) i myśleliśmy, że nie aż tak (jak się podaje konkretną datę to nie wiadomo do kiedy)? I absolutna wisienka na torcie: trzeba było przejąć rolę lidera. Przygotowałam ankietę. Próbowałam umówić spotkanie, by ustalić szczegóły i podział zadań, co pozwoli zacząć prace. Przypomniałam, że czas leci i trzeba się za to zabrać. Co jeszcze powinnam zrobić? I – największa zagadka – dlaczego to ode mnie się oczekuje zarządzania całością?
W sumie to trzeba być optymistą, żeby proponować osobie ze spektrum autyzmu liderowanie i zarządzanie grupką neurotypowych. Jak widać komunikujemy się na różnych płaszczyznach. Dla mnie to, co powiedziane czy napisane, jest faktem, nie jakąś luźną deklaracją. Myślę że aspie-lider to przepis na udaną katastrofę.
Praca w grupie jest dla mnie trudna również z innych powodów – nie umiem określić reakcji ludzi na to co powiem, czy zrobię. Wiem, neurotypowi mają to w dupie, bo jakoś to będzie, ale ja nie chcę nikogo urazić swoim podejściem do tematu czy zachowaniami. W efekcie nie wiem co mogę zaproponować, a czego nie. Owszem, mogę pociągnąć projekt i zostać jego liderem – mam pomysł, wiem jakie będą etapy i jak go zakończyć. Kiedyś to zaproponowałam i dostałam po nosie, że to praca grupowa, a nie indywidualna. Więc teraz siedzę cicho tak na wszelki wypadek. I cała praca stoi w miejscu.
Każda taka sytuacja jest też dużym obciążeniem emocjonalnym. Całymi dniami potrafię rozmyślać o tym, jak przekazać grupie jakiś komunikat lub pogonić ich do roboty. Co wypada, a co nie? Jak napisać, żeby się zmotywowali, a nie wkurwili? Rozważam wszystkie za i przeciw pracy indywidualnej i ewentualne opcje dodatkowe – może powiedzieć, że już coś mam zrobione i spytać czy dołączają? A jak się poczują urażeni? Albo dostanie mi się, że narzucam temat, bo przecież jeszcze go nie ustaliliśmy? I zabieram innym robotę, bo właściwie większość merytoryki już jest ogarnięta? A to praca grupowa, każdy coś powinien zrobić. Tylko jak tą pracę podzielić, jak jest nas za dużo?
W efekcie narasta stres i zagubienie. Nie wiem jaką decyzję podjąć, nie wiem jak to rozwiązać, żeby nie zamykać sobie opcji współpracy w przyszłości (bo taka pewnie się zdarzy), a jednocześnie zadbać o swój dobrostan psychiczny. Finalnie uciekam, odcinam to, co tak straszy, że powoduje powracającą panikę i stany lękowe.
Jeden projekt. Kilka osób. A koszty emocjonalne? Jakby życie całej planety zależało ode mnie.
Nie umiem w relacje.

Ja właśnie jestem aspie-liderem. Czytając Twój post poczułem się jak w domu 🙂. Połowa czasu, jaki spędzam nad projektem to myślenie jak motywować do pracy innych, żeby nie poczuli się urażeni, żeby nie zrobiło im się przykro. Druga połowa to wkurzanie się, że ustaliłem wyraźny deadline, a wszyscy wokół uznali tę datę za „przybliżoną” – czytaj: oddają swoje części projektu tydzień później. Najchętniej sam bym realizował cały projekt, ale niestety – pracuję w zespole.
PolubieniePolubione przez 1 osoba
Nie wiem czy gratulować czy współczuć 😆
PolubieniePolubienie
Jestem aspie-szefową. Co gorsze, moimi podwładnymi są zmanierowane kobiety, ale znalazłam na nie metodę. Wyznaczam im zadania, czas ich realizacji i regularnie, kulturalnie przypominam o upływającym czasie i premiach, które również mogą upłynąć przez olewactwo. Komunikuję się z nimi bardzo prosto, jak z dziećmi i staram się nie myśleć o tym jak one mogą to odbierać. Póki co ten system się sprawdza i nawet to sobie chwalą, twierdzą że przynajmniej wiedzą czego konkretnie się od nich wymaga.
PolubieniePolubione przez 1 osoba
Ja poległam. Wyznaczyłam konkretny termin i usłyszałam 2 tygodnie później że nie wyznaczyłam …
PolubieniePolubienie
Kolejnym razem po prostu bądź upierdliwa i przypominaj wcześniej o umówionym terminie. Ja na początku czułam się z tym jak kretynka, potem okazało się że to działa i jeszcze mi za to dziękują.
PolubieniePolubione przez 1 osoba
Przypominałam i nie zadziałało… Myślę że następnym razem od początku będę pracować samodzielnie, bo emocjonalnie zjarało mnie to na popiół.
PolubieniePolubienie
To chyba miałaś do czynienia z naprawdę trudnymi ludźmi przekonanymi o swojej wyjątkowości i z nastawieniem „nikt mi nie będzie mówił co mam robić”… współczuję, z takimi personami w grupie nie zajedzie się daleko.
PolubieniePolubione przez 1 osoba
Myślę że to coś innego. Ja lubię rozłożyć sobie rzeczy w czasie, bo kumulacja mnie zabija. Większość ludzi nie myśli w tak długiej perspektywie- nie ma deadline, nie ma problemu. Rozjechały nam się oczekiwania.
PolubieniePolubienie
Tak sobie myślę, że tu sytuacja jest trochę inna, bo Ty jesteś szefem, a ja członkiem zespołu. To trochę inne kompetencje wobec innych.
A powiedz, nie masz potem jakiejś emocjonalnej rozkminy? Co sobie pomyślą? Jak zrozumieją? Jak powiedzieć żeby się nie obrazili? Bo to to obciąża mnie najbardziej.
PolubieniePolubienie