Grudzień w końcu mnie dopadł. Uciekałam ile mogłam, spychałam gdzieś poza świadomość, ale oczywiście nic to nie dało.
To jednak jest prawda, że im bardziej przed czymś uciekamy, tym bardziej nas goni.
Jak co roku dopadło mnie to samo, co zwykle – święta i wszystko, co się z nimi wiąże. Zaczęło się od niewielkiego niepokoju; gdzieś tam cichaczem pod skórą, delikatne ukłucia. Takie, które można jeszcze zignorować, zwalając na nadmiar obowiązków lub niekorzystny biomet. Potem coraz mocniej, coraz bardziej zauważalnie, coraz dotkliwiej. Niepokój rozkwita sobie dzień za dniem, a ja tylko patrzę. Nie wiem co z nim zrobić. Jak się go pozbyć. Jak wyeliminować jego przyczynę.
Mogę tylko patrzeć, bo przyczyna jest nieusuwalna – to święta. Moment roku którego nie cierpię. Nienawidzę. Który zamiast sympatycznie spędzonym czasem, staje się kopalnią lęku i paniki. Tylko dlatego, że święta są dla neurotypowych: ze wszystkimi swoimi błyskającymi ozdóbkami (oz dupkami?), nawalającymi z głośników kolędami i sztucznie podtrzymywanym nastrojem radości i szczęścia. Wspaniałymi momentami przebywania wśród ludzi i cieszenia się ich obecnością. Wspólnego celebrowania. Odwiedzania wszystkich, bo inaczej się obrażą i jedzenia nie wiadomo ile, bo przecież ciocia Stasia tak się namęczyła.
Wszyscy oczekują, że na święta wyślę Hansa gdzieś w świat. Że nagle przestanę mieć Aspergera i będę celebrować to wszystko tak, jak to jest w zwyczaju. Będę taka jak inni. I że celebracja tego wszystkiego sprawi mi radość.
Co roku grudzień wbija we mnie pierwsze igiełki lęku. Wraz z Mikołajem przychodzi niepokój i wygodnie rozsiada się w ciele. Będzie tu tkwił aż do nowego roku, kiedy świat powróci na swoje tory i będzie można zakopać się w miłej rutynie dnia codziennego. Dopasowanej do mnie, a nie do wyolbrzymionych reklamami wyobrażeń o tym, jak to wszystko winno wyglądać.
Po niepokoju pojawia się bezsenność. Mózg mieli sobie różne rzeczy, ale przede wszystkim kortyzol we krwi wybija go z rytmu snu. Budzenie się o 2 czy 4 w nocy nie jest niczym zaskakującym. Podobnie to, że nie można potem zasnąć.
Finalnie przybywa królowa każdego zamieszania – panika. Najpierw dyskretnie szturchnie gdzieś z boku. Potem już nie będzie taka delikatna i walnie z grubej rury.
Wiem, czemu się pojawia – bo zaprzeczam sobie. Bo próbuję udawać kogoś kim nie jestem. Bo zachowuję się tak jak wypada, a nie tak jak chcę i potrzebuję. Zakłamuję siebie – bo idą święta. A najgorsze jest to, że nie mogę z tym nic zrobić, bo przecież świąt z kalendarza wymazać się nie da. Nie da się też zmienić przekonań ludzi o radosnym, rodzinnym, gwarnym i wesołym świętowaniu.
Zakopuję się pod kołdrą i marzę o tym, by obudzić się w styczniu.

Dodaj komentarz