Poświąteczne refleksje

I po świętach. Cieszę się, chociaż w tym roku nie obyło się bez spektakularnych meltów.

Prawie udało mi się wdrożyć wszystkie zasady, które napisałam tutaj. (Prawie robi różnicę):

  • Obściskiwania nie było, za co dziękuję covidowi lub/i szalejącej grypie.
  • Odmowę jedzenia udało się wytłumaczyć kolejnym / poprzednim spotkaniem
  • Usiadłam w samym kąciku, co pozwoliło pozostać poza tłumem i gadać tylko z kilkoma osobami będącymi najbliżej.
  • Uciekłam od ludzi, by głaskać psa – i wtedy dołączyła do mnie osoba, którą widziałam po raz pierwszy (Ukrainka). Okazała się bardzo ciekawym człowiekiem i do tego psychologiem, więc można było popłynąć 🙂
  • Tam, gdzie się średnio czułam w towarzystwie (wyczuwam jakieś animozje w powietrzu), poszliśmy na spacer, zamiast siedzieć przy stole cały dzień. Las zawsze uspokaja.
  • Życzenia były ogólne lub nie było ich wcale.

Wyłożyłam się za to całkowicie na planowaniu, przewidywaniu oczekiwań i sensoryzmach. I to było pośrednią przyczyną meltdownu (załamania), które mi się przydarzyło. I z którego składam się do kupy po dziś dzień.

Miałam świadomość, że zaplanowaliśmy za dużo na te dwa dni. W zeszłym roku byliśmy tylko na wigilii. I potem święty spokój. W tym zaprosiły nas wszystkie rodziny jakie mogły zaprosić. Dwie wigilie i potem trzy spotkania z jazdą od stołu do stołu – to już na etapie koordynacji logistyki źle wróżyło.

Ale nie chciałam nikogo zawieść lub obrazić. Mam wrażenie, że ludzie czują się gorsi gdy się im odmówi, nawet jak dają znać za późno. Strzelają focha, że wybrałam inną rodzinę, a nie ich. Dokonaliśmy więc logistycznego cudu, który jednak okazał się bardzo męczący. Za bardzo. Już po dwóch wigiliach wiedziałam, że nie chcę nigdzie jechać, a przed ostatnim spotkaniem miałam łzy w oczach. Za dużo. Za mało odpoczynku. Po raz kolejny zrobiłam coś, by zadowolić innych, a nie powalczyć o siebie. Bo w święta wypada. Bo nie chcę nikomu zrobić krzywdy. Więc… finalnie robię sobie.

Trudne do przeskoczenia okazały się moje wyobrażenie o tym, czego ludzi ode mnie oczekują w kwestii wyglądu. Do końca miotałam się czy nie ubrać sukienki, której ubierać nie chciałam. W końcu poszłam w czarnych dżinsach i sportowych butach. I chociaż spotkało się to z komentarzem, to na komentarzu się skończyło. A ja dzięki temu czułam się stosunkowo swobodnie siedząc sobie na podłodze i głaszcząc psa. Ale wciąż, chociaż staram się tego unikać, wpadam w te wpojone tory co wypada i co trzeba. W tej kwestii postawiłam na swoim, chociaż kosztowało mnie to sporo stresu, mimo zaplanowania, że tak zrobię.

Kwestie sensoryczne okazały się najtrudniejsze. Krzyczące i płaczące dzieci działają na mnie fatalnie, głowa mi eksploduje. Niestety, to już ten etap, że dzieci przyjeżdżające z rodzicami są na tyle duże, że robią hałasu za piętnastu. Biegające maluchy, rozbijające się samochodami, krzyczące do siebie i rodzice, którzy próbują od czasu do czasu nad tym zapanować – to było za dużo. Paliło powoli, ale skutecznie. Wystarczyły dwie godziny, by mieć dosyć, tak naprawdę dosyć. By poczuć chęć ucieczki z dala od neurotypowego świata i zaszycia się w swoim, autystycznym.

A na to wszystko nałożyło się wydarzenie z kotem. I to już było za wiele. Święta skończyły się jak zwykle – załamaniem, z którego wstaje się przez wiele dni.

Dobrze, że następne dopiero za rok. Czy będę mądrzejsza? Nie wiem. Wyłamywanie się ze schematów to ciężka praca.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: