Było już o wielu emocjach, ale o tej jeszcze nie. Proszę Państwa, czas na miłość!
Podobno my, osoby w spektrum autyzmu, nie potrafimy kochać. Podobno jesteśmy nieczułymi psychopatami, którzy za grosz nie mają empatii dla innych. Podobno nie umiemy tworzyć związków i żyć z drugim człowiekiem.
Podobno.
Wokół miłości w spektrum autyzmu narosło wiele mitów, które są wynikiem neurotypowych interpretacji, według neurotypowego wyobrażenia czym miłość jest. A tymczasem my, aspergerowcy, po prostu kochamy inaczej, tak jak inaczej postrzegamy świat. Kochamy tak, jak zostaliśmy do tego stworzeni, tak jak działa nasz mózg (fajnie o różnicach pisze Tony Attwood w „Zespół Aspergera – kompletny przewodnik„).
Nasze uczucie jest więc inne niż neurotypowe wyobrażenie miłości pełnej uniesień, emocji, czułych spojrzeń w oczy i spontanicznych wypraw w nieznane. Ale inaczej nie oznacza że gorzej czy słabiej. I – wbrew krążącym mitom o byciu psychopatami – zdecydowanie potrafimy obdarować drugą osobę miłością i tą miłość od niej przyjąć.
Tym, o co często się rozbijamy, jest wychowanie i neurotypowa wersja miłości, którą wkłada nam się do głowy od małego. Przez całe życie idziemy z zaszczepionym w dzieciństwie wyobrażeniem „najważniejszego uczucia”, które ma się nijak do naszej fizjologii i sposobu postrzegania świata. Które czasami wręcz zaprzecza naszym potrzebom (trzymanie się za rękę, głaskanie po włosach – a jak ktoś ma nadwrażliwość na dotyk?). W efekcie staramy się dorównać do tego, czego nas nauczono, a to zazwyczaj kończy się fiaskiem. Nie da się żyć po neurotypowemu, jeżeli nie jest się osobą neurotypową. Nie da się zapomnieć o sensoryzmach, nadwrażliwościach, niechęci do zmian, konieczności zaplanowania wszystkiego (bo daje to poczucie bezpieczeństwa) i niezbędnej nam samotności.
Wielu próbuje dorównać do tych wszystkich kitów o miłości, które wciskają im romantyczne filmy, popkultura i wychowanie. Wielu powiela wzorce wyniesione z domu wierząc, że tak ma być i jeśli nie potrafią, to coś z nimi nie tak – na pewno są zepsuci, nie do naprawienia i niewarci miłości. A tymczasem problem nie tkwi w samej osobie z Zespołem Aspergera, ale w błędnej (nie aspergerowej) definicji miłości.
Teraz się wymądrzam, ale nie raz wpadłam w tę pułapkę. Nie mając jeszcze diagnozy ASD próbowałam budować relacje i kochać w sposób, w jaki mnie nauczono. Po diagnozie wiem, że to wszystko do czego dążyłam, kim chciałam być i jak chciałam się zachowywać (no bo tak przecież zachowują się zakochani!) – było mrzonką. To była tylko interpretacja – ta wsadzona mi do głowy właśnie przez świat, filmy i popkulturę, która prezentuje to uczucie jako pasmo uniesień, szczęścia i w ogóle wszystkiego co najlepsze. To jest kit. Romantyczne wyobrażenie miłości to jedna z największych bzdur w jakie wierzyłam na przełomie mojego życia.
Jeśli więc miłość dla osób ze spektrum autyzmu nie jest tym samym, za co się ją przyjęło uważać, czym w takim razie jest? Nie mam jednej definicji, w której da się ją zamknąć. To raczej zbiór rzeczy i zachowań, które pokazują mi, że ktoś mnie kocha.
- Dla mnie miłość jest zaufaniem, możliwością polegania na drugiej osobie – pewnością, że jak poproszę ją o pomoc to odpowie i coś zrobi. To taki komunikat- nie jesteś sama w tym porąbanym świecie. Razem jakoś nam się uda przez to przebrnąć. To towarzyszenie w trudnych chwilach.
- Miłość to uszanowanie sposobu w jaki wychodzi się z meltdownu. Bo każdy ma wtedy inne potrzeby i niekoniecznie to, co powszechnie uważane jest za wsparcie, tym wsparciem jest. To znajomość „specyfiki” i potrzeb danej osoby.
- To bliskość, gdy jej się potrzebuje, ale jednocześnie przestrzeń na samotność, gdy chce się pobyć w ciszy.
- To przestrzeń na własne pasje i ich rozwijanie, bez poczucia winy, że ktoś coś na tym traci, albo że nie jest tak jak u innych.
- Miłość jest próbą zrobienia wszystkiego, by ta druga osoba miała jak najmniej przykrych zderzeń ze światem: to wzięcie na siebie obowiązków tam, gdzie ją to spala, a dla mnie jest akceptowalnym dyskomfortem. To troska o siebie nawzajem.
- To wiara, że razem damy radę.
- To bycie obok, gdy trzeba i zniknięcie z oczu, gdy bodźców jest za dużo. Bez focha i wypominania że już mnie kochasz i wolisz siedzieć sama, niż spędzać czas ze mną.
- To wsparcie, gdy jest potrzebne. Stawianie drugiej osoby w gronie priorytetów.
- To dzielenie się i dopuszczenie drugiej osoby do swojego świata. Konieczność wprowadzenia zmian i zaakceptowania w nim kogoś z innymi przekonaniami, sposobami robienia rzeczy, zachowaniami, potrzebami i oczekiwaniami. I ciągłym przestawianiem rzeczy w inne miejsce niż było i przekonywaniem, że mój sposób robienia tego jest bardziej sensowny niż twój ;-). To akceptacja chaosu jaki wprowadza do uporządkowanego świata autystycznego druga osoba, mając inne potrzeby, inne oczekiwania i inne pomysły na dzisiejszy dzień.
- To także brak wstydu i konieczności kontrolowania się na każdym kroku – w rozmowie, wyglądzie, zachowaniu. Akceptacja wszystkich gaf i głupot jakie człowiekowi się przytrafiają, bez krytyki, wyśmiewania i kpin. To możliwość bycia sobą bez oceniania.
- Miłość jest poczuciem więzi, która nie rani i nie jest przykra, obciążająca i spalająca. Jest taka jaka powinna być, bez oglądania się na to co trzeba, co inni i co wypada. To taka relacja w której nawet autysta się dobrze czuje.
No i pstryk! Romantyczne wyobrażenie o miłości rodem z Pretty Woman pękło niczym mydlana bańka.

Coś pomiędzy piątą, a szóstą klasą podstawówki. Grono zainteresowanych tymi sprawami stopniowo powiększało się. Któregoś dnia ów tematy zaczęły dominować. Stały się motywem przewodnim codziennych rozmów. Pojawiały się coraz mocniejsze dowcipy. Do obiegu weszły kolorowe gazety podebrane starszyźnie. Niektórzy pod osłoną ciemności oglądali filmy na kasetach video czy programy na telewizji satelitarnej. Trudno było mi pojąć zachowania rówieśników bowiem wydawały mi się raz że dziwne, dwa że nieco prymitywne.
PolubieniePolubione przez 1 osoba